Dlaczego Polska raz tonie, a raz wysycha?

Wrzesień 2024: powódź i susza naraz

We wrześniu 2024 roku na południu Polski w cztery dni spadło od 300 do ponad 400 litrów wody na metr kwadratowy. Tyle deszczu Dolny Śląsk i Opolszczyzna zbierają zwykle przez cztery, a miejscami sześć miesięcy. Odpowiadał za to niż genueński, który przemieszczał się szlakiem sprowadzającym wilgotne powietrze wprost nad góry, a te skanalizowały ulewę w wąskie doliny. W Kłodzku Nysa Kłodzka podniosła się do poziomu o około 1,5 metra wyższego niż podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku. Woda wdzierała się przez okna kamienic, w Stroniu Śląskim puściła zapora, a fala ruszyła w stronę Wrocławia.

Termin był nietypowy. Wielkie polskie powodzie przychodziły dotąd zwykle w lipcu, jak ta z 1997 roku, albo w maju i czerwcu, jak ta z 2010. Wrzesień to miesiąc o niższych sumach opadów, a mimo to przyniósł katastrofę porównywalną z największymi w powojennej historii kraju.

W tym samym czasie wschodnia i część północnej Polski trwały w suszy hydrologicznej. Rzeki notowały tam jedne z najniższych stanów w historii pomiarów. Jeden kraj, jeden tydzień, dwie skrajności naraz: na południu zbyt dużo wody, żeby ją opanować, na wschodzie zbyt mało, żeby wypełnić koryta.

Najprostsze wyjaśnienie brzmi znajomo: zmiana klimatu i coraz gwałtowniejsza pogoda. Jest ono prawdziwe, ale niepełne. Nie tłumaczy, dlaczego akurat Polska reaguje na te same zjawiska tak ostro. Dwa kraje mogą dostać podobny deszcz, a skończyć z zupełnie różnym skutkiem. O różnicy decyduje to, co dzieje się z wodą, zanim spadnie i po tym, jak spadnie: gdzie może się zatrzymać, jak szybko spływa i kto zdążył zająć teren, przez który przechodzi.

Powódź i susza wyglądają jak przeciwległe bieguny. W polskich warunkach wyrastają w dużej mierze z jednego korzenia, a ten korzeń niewiele ma wspólnego z samą pogodą.

Kraj, który ma mało wody

Powodów jest kilka i wszystkie sięgają położenia. Polska leży na nizinnym pasie między morzem a górami, w klimacie przejściowym, w którym opady są umiarkowane i nierówno rozłożone w ciągu roku. Nie ma tu wysokich gór z grubą, długo topniejącą pokrywą śnieżną, która przez całe lato zasilałaby rzeki. Dwie największe rzeki, Wisła i Odra, spływają z południa na północ i wynoszą wodę do Bałtyku, zamiast rozprowadzać ją po kraju. Część zasobów przechodzi przez Polskę tranzytem i szybko z niej wypływa.

Punktem wyjścia jest liczba, która wielu osobom wydaje się pomyłką. Na jednego mieszkańca Polski przypada rocznie około 1600 metrów sześciennych odnawialnych zasobów wody. Średnia europejska przekracza 4500. Pod względem dostępnej wody Polska stoi bliżej krajów uznawanych za suche. W latach szczególnie ubogich w opady wskaźnik potrafi spaść poniżej 1000 metrów sześciennych na osobę, do poziomu, który hydrolodzy określają jako poważny deficyt.

Do tego opady koncentrują się w czasie. Duża część rocznej sumy przypada na kilka letnich ulew, a nie na równomierny deszcz przez cały rok. Kraj, który dostaje wodę w krótkich, gwałtownych porcjach, tym bardziej potrzebuje sposobu na jej przetrzymanie do okresów suchych. Bez tego woda pojawia się w nadmiarze wtedy, gdy jej nie potrzeba, i znika, gdy jest najbardziej potrzebna.

Skromne zasoby są przy tym mocno obciążone. Większość wody, która trafia na obszar kraju, wyparowuje albo zostaje zużyta przez rolnictwo, przemysł i gospodarstwa domowe. Do zasilenia rzek, gleby i wód podziemnych zostaje wyraźnie mniejsza część. Woda podziemna, najlepszej jakości, idzie głównie na potrzeby pitne, więc rezerwa, z której można sięgać w czasie suszy, jest cieńsza, niż sugerowałaby sama suma opadów.

Ten bilans nie jest nowy. Polska była krajem o skromnych zasobach wody także sto i dwieście lat temu. Różnica polega na tym, że dawny krajobraz potrafił tę skromną ilość gospodarować sam. Rozlewiska, bagna i meandrujące rzeki zatrzymywały wodę na miejscu i oddawały ją stopniowo, przez co poziom rzek nie skakał tak gwałtownie ani w górę, ani w dół. Kraj o takim położeniu musi wodę magazynować, jeśli chce ją mieć w lipcu i sierpniu. Naturalnych magazynów, które robiłyby to bez udziału człowieka, zostało w Polsce coraz mniej. I tu zaczyna się część historii, której nie da się zrzucić na klimat.

Stulecie osuszania

Przez większość XX wieku, a na zachodzie kraju już od przełomu XIX i XX, polska gospodarka wodna miała jeden nadrzędny cel: usunąć nadmiar wody z pól. Mokradła, bagna i podmokłe łąki uchodziły za teren zmarnowany, który należy osuszyć i zamienić w grunt rolny albo budowlany. Rzeki prostowano, obwałowywano i skracano, kopano rowy i kanały, żeby woda schodziła jak najszybciej. Uregulowana, krótsza rzeka szybciej odprowadzała wodę z pól, ale też szybciej pędziła ją w dół biegu.

Skala tych prac była ogromna. Polskie torfowiska zajmują ponad milion hektarów, a zdecydowana większość krajowych mokradeł została z czasem osuszona lub przekształcona w grunty rolne i leśne. Najwięcej i najwcześniej na zachodzie, na terenach dawnego zaboru pruskiego, gdzie administracja kładła nacisk na maksymalne uproduktywnienie ziemi i panowanie nad wodą, i gdzie po bagnach został miejscami sam piasek. Każdy osuszony obszar tego typu to zlikwidowany naturalny zbiornik.

Mokre torfowisko działa jak gąbka. Wchłania deszcz, spowalnia odpływ i oddaje wodę w czasie suszy. Osuszone traci tę zdolność i samo staje się źródłem kłopotów, od osiadania gruntu, przez spadek poziomu wód gruntowych, po emisję dwutlenku węgla z rozkładającego się torfu. Miejsce, które przez tysiące lat magazynowało wodę, po osuszeniu zaczyna ją tracić i obciążać sąsiednie tereny.

Osuszanie stało się przy tym całą dziedziną inżynierii i osobnym zawodem. Powstawały spółki wodne, przepisy i podręczniki poświęcone temu, jak sprawnie odprowadzić wodę z terenu. Sam termin melioracja przez dziesięciolecia oznaczał w praktyce głównie odwadnianie. Instytucje, kształcenie i finansowanie były nastawione na odprowadzanie wody, a nie na jej zatrzymywanie, które przez długi czas nie miało ani osobnych struktur, ani stałego budżetu.

Każda z tych decyzji z osobna miała sens dla konkretnego gospodarstwa czy gminy. Więcej ziemi uprawnej, mniej lokalnych podtopień, łatwiejsza mechanizacja, sucha droga i sucha stodoła. Dopiero suma tych rozsądnych pojedynczo decyzji dała krajobraz, z którego woda ucieka szybciej, niż zdąży się zatrzymać. Skutki tego wyboru stają się widoczne dopiero teraz, gdy opady są bardziej skrajne, a zapasu, który by je amortyzował, w krajobrazie już nie ma.

Dlaczego woda ucieka za szybko

Kiedy deszcz spada na krajobraz pełen mokradeł, wilgotnych łąk i meandrujących rzek, spora jego część zostaje na miejscu. Wsiąka w glebę, zasila wody podziemne i jest stopniowo oddawana w suchszych okresach. Wilgotny teren działa jak bufor, który rozkłada skutki jednego opadu w czasie, zamiast przepuszczać całą wodę od razu. Zmagazynowana w nim woda sączy się do rzek i gleby jeszcze przez tygodnie po deszczu, więc poziom rzek opada wolniej, a studnie i pola dłużej mają z czego korzystać.

Kiedy ten sam deszcz spada na krajobraz osuszony, wyprostowany i zabetonowany, woda robi jedno: spływa. Prosta, obwałowana rzeka przenosi falę w dół biegu szybciej i wyżej, zamiast rozłożyć ją w czasie na szerokim terenie zalewowym. Pole bez rowów i oczek wodnych oddaje deszcz od razu. Miasto pokryte asfaltem, betonem i dachami nie wchłania niczego, a każda ulewa trafia prosto do kanalizacji i stamtąd do przeciążonej już rzeki. Powierzchnia, która kiedyś przez dobę sączyła wodę w głąb, dziś zrzuca ją w ciągu godzin.

Różnica między jednym a drugim krajobrazem jest mierzalna. Rzeka z zachowanymi zakolami i terenem zalewowym rozprowadza falę na boki i wypłaszcza ją w czasie, więc szczyt jest niższy i nadchodzi później. Rzeka wyprostowana i wciśnięta między wały prowadzi tę samą objętość wody jak rynną: wyżej, szybciej i z większym ciśnieniem na kolejne miasta w dole biegu. To, co miało chronić pola nad rzeką, podnosi zagrożenie dla wszystkich położonych niżej.

Ten sam mechanizm produkuje obie katastrofy. Latem, przy nawalnym deszczu, woda schodzi tak szybko, że koryta i wały nie nadążają i tworzy się gwałtowna fala. Kilka tygodni później, gdy opady ustają, w glebie i płytkich warstwach nie ma zapasu, który podtrzymałby poziom rzek, więc przychodzi susza. Studnie opadają, rolnicy tracą plony, a małe rzeki miejscami zanikają.

Krajobraz, który nie potrafi zatrzymać wody, jest bezbronny w obie strony. Ta sama wysuszona gąbka nie łagodzi ani fali, ani niedoboru. Im szybciej woda ucieka po ulewie, tym mniej jej zostaje na suchy lipiec, więc oba zjawiska napędzają się nawzajem, zamiast się znosić.

Kto decyduje o polskiej wodzie

Brak retencji jest znany od dawna, więc warto sprawdzić, dlaczego tak trudno go odwrócić. Odpowiedź prowadzi do interesów i do podziału odpowiedzialności.

Zatrzymanie wody wymaga miejsca. Woda potrzebuje terenów zalewowych, rozlewisk, mokradeł i szerokich dolin, w których może się rozłożyć. Te same tereny bywają atrakcyjne pod uprawę i pod zabudowę. Przez dekady powstawały w Polsce domy, drogi i całe osiedla na obszarach, przez które okresowo przechodzi rzeka. Dopóki wielka woda nie przychodzi, taki grunt jest tańszy i wygodny. Kiedy przychodzi, rachunek płaci całe społeczeństwo, przez odszkodowania, remonty i akcje ratunkowe. Prywatna korzyść z zabudowy trafia do właściciela działki, a koszt powodzi rozkłada się na wszystkich.

Do tego dochodzi rozproszona władza nad wodą. Za rzeki, wały i duże zbiorniki odpowiada instytucja państwowa. O pozwoleniach na budowę i o planach zagospodarowania decydują samorządy. O konkretnych działkach ich właściciele. Interes lokalny i interes całego dorzecza rzadko się pokrywają. Gmina w górnym biegu, która pozwala zabudować teren zalewowy albo szybciej odprowadzić z niego wodę, przesuwa ryzyko w dół rzeki, do sąsiadów, którzy nie mieli na tę decyzję wpływu. Nikt nie odpowiada za całe dorzecze naraz.

Efekt jest taki, że łatwiej w Polsce postawić dom na terenie zalewowym niż odtworzyć mokradło, które ten teren by osłaniało. Zakaz albo ograniczenie zabudowy uderza w konkretnego właściciela od razu i widać, kto na tym traci. Korzyść z zatrzymanej wody jest rozproszona, odłożona w czasie i trudna do przypisania jednej osobie. W takim układzie decyzje krótkoterminowe niemal zawsze wygrywają, a kolejne budynki powstają tam, skąd woda i tak wróci. Mapy zagrożenia powodziowego pokazują, które obszary zalewa rzeka, ale przez lata nie zawsze przekładały się na twarde ograniczenia w miejscowych planach zagospodarowania. Teren raz zabudowany trzeba potem chronić wałami i przepompowniami, co jeszcze bardziej zawęża rzece miejsce na rozlanie się.

Państwo potrafi zbudować pojedynczą, dużą inwestycję. Zbiornik Racibórz na górnej Odrze, oddany w 2020 roku, przyjął podczas powodzi 2024 około 180 milionów metrów sześciennych i spłaszczył falę idącą na Wrocław. To dowód, że twarda infrastruktura działa i że po 1997 roku wyciągnięto wnioski. Pokazuje też jej granicę: jeden zbiornik chroni jeden odcinek, a niedobór retencji rozłożony jest na cały kraj i na tysiące drobnych miejsc, w których nikt pojedynczo nie odpowiada za całość. 

Siedem i pół procent

Skalę zaniedbania widać w jednej proporcji. Polska zatrzymuje dziś około 7,5 procent średniego rocznego odpływu swoich rzek. Warunki geograficzne kraju pozwalają realnie osiągnąć około 15 procent, czyli mniej więcej dwa razy tyle. Różnica między stanem obecnym a możliwym to w praktyce woda, której potem brakuje podczas suszy, a której nadmiaru trudniej opanować podczas powodzi.

Rządowy program przeciwdziałania niedoborowi wody zakłada podniesienie retencji do 15 procent w perspektywie 2030 roku i obejmuje ponad 700 inwestycji. Sama budowa dużych zbiorników problemu jednak nie zamknie. Duże zbiorniki są kosztowne, powstają latami i chronią głównie doliny wielkich rzek. Mają też ograniczoną rolę w łagodzeniu suszy poza swoim bezpośrednim sąsiedztwem.

Najwięcej wody da się odzyskać tam, gdzie ją wcześniej stracono: w małych zlewniach, rowach, glebie, lasach, odtworzonych mokradłach i w miastach. Zatrzymanie wody w rowie melioracyjnym zamiast szybkiego jej odprowadzenia, odtworzenie oczka wodnego, ogród deszczowy zamiast betonowego placu, zdjęcie asfaltu tam, gdzie nie jest konieczny. Każde z tych działań z osobna jest małe. Razem odpowiadają za większość możliwej do odzyskania retencji.

Koszty zaniechania rosną po drugiej stronie. Pojedyncza duża powódź potrafi kosztować miliardy złotych w zniszczonej infrastrukturze, domach i przerwanej produkcji, a susza co roku obniża plony i podnosi ceny żywności. Zatrzymanie wody w krajobrazie kosztuje ułamek tych strat, ale wydatek trzeba ponieść z góry i w wielu miejscach naraz, a korzyść pojawia się dopiero przy następnej ulewie albo następnym suchym lecie. Ta różnica w czasie jest jednym z powodów, dla których retencja przegrywa w kolejnych budżetach.

Oznacza to odwrócenie logiki, która rządziła polską gospodarką wodną przez sto lat. Zamiast jak najszybciej pozbywać się wody, trzeba ją jak najdłużej przetrzymać w krajobrazie. Taka zmiana jest tania w zestawieniu z kosztami powodzi i susz, ale wymaga tysięcy drobnych decyzji w miejscach, gdzie odpowiedzialność jest rozproszona, a korzyść widać dopiero po latach. Dlatego idzie wolno, mimo że kierunek jest znany od dawna.

Dwa oblicza tej samej słabości

Powódź z września 2024 roku i susza notowana w tym samym czasie po drugiej stronie kraju wyglądały jak zdarzenia z osobnych światów. Spina je jeden mechanizm. Polska ma z natury mało wody, przez sto lat konsekwentnie pozbywała się tej, którą miała, i zabudowała część terenów, przez które ta woda przechodzi. Krajobraz stracił zdolność amortyzowania skrajności. Gdy przychodzi ulewa, nie ma czym spłaszczyć fali. Gdy przychodzi susza, nie ma z czego uzupełnić rzek.

Zmiana klimatu ten stan zaostrza, bo opady stają się coraz bardziej nierówne: dłuższe okresy bez deszczu i gwałtowniejsze ulewy. To, jak mocno uderzają, zależy jednak od kondycji, w jakiej zastają kraj. Ten sam deszcz w krajobrazie z mokradłami i naturalnymi dolinami daje niższą falę i większy zapas na później. W krajobrazie osuszonym daje powódź, a po niej suszę.

O tym, czy Polska będzie w kolejnych dekadach częściej tonąć i częściej wysychać, przesądzi więc nie sama pogoda. Przesądzą decyzje o tym, gdzie wolno budować, ile terenu zostawić rzekom i czy państwo zdąży odbudować retencję szybciej, niż klimat zwiększa skrajności. Woda przez większość ostatniego stulecia była w Polsce traktowana jak coś, czego trzeba się pozbyć. Powrót do umiejętności jej zatrzymywania stał się dziś jednym z testów sprawności państwa.

Najdotkliwiej Polska zmierzyła się z wielką wodą podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku, która pochłonęła kilkadziesiąt ofiar i majątek liczony w miliardach złotych. To na tamtej katastrofie najlepiej widać, jak państwo uczyło się reagować na wielką wodę, co z tych lekcji zostało wykorzystane, a co nie.