Wstęp: pytanie, które zwykle pomijamy
Donald Trump nie pojawił się znikąd. Nie był błędem systemu. Był jednym z najbardziej logicznych produktów Ameryki, która przez czterdzieści lat ignorowała własne pęknięcia. Trump wygrał wybory prezydenckie dwa razy. W 2016 roku zaskoczył niemal wszystkich. W 2024 roku wygrał nie tylko w Kolegium Elektorów, ale i w głosowaniu powszechnym — pierwszy raz w karierze. Między tymi dwoma datami zmieniło się wszystko i nie zmieniło się nic. Trump pozostał tym samym politykiem. Zmienił się tylko stopień akceptacji, którą uzyskał od amerykańskiego elektoratu.
Większość komentarzy na temat tych dwóch wyborów koncentrowała się na osobie. Na charakterze, stylu, sposobie komunikacji, nieprzewidywalności. Trump jako anomalia, Trump jako wypadek, Trump jako produkt mediów społecznościowych, Trump jako efekt rosyjskiej dezinformacji. Każde z tych wyjaśnień zawierało element prawdy. Żadne z nich nie tłumaczyło zjawiska.
Trump nie jest tu najważniejszy. Ważniejsze jest to, co jego zwycięstwa mówią o samej Ameryce. Kraj z dwustuletnią tradycją konstytucyjną, przez dekady uznawany za wzorzec stabilnej demokracji, dwukrotnie wybrał takiego prezydenta. Za drugim razem z większym poparciem niż za pierwszym. To wymaga wyjaśnienia.
Ten materiał jest próbą takiego wyjaśnienia. Wniosek, do którego prowadzi, jest prosty w sformułowaniu i niewygodny w konsekwencjach. Trump nie jest przyczyną kryzysu amerykańskiego systemu. Trump jest jego skutkiem — najbardziej widocznym i najbardziej spektakularnym, ale tylko jednym z wielu. Gdyby nie pojawił się on, system wcześniej czy później wyprodukowałby kogoś o podobnej funkcji.
Blok 1: Rozpad amerykańskiej klasy średniej
Punktem wyjścia jest gospodarka. Nie gospodarka jako abstrakcja, lecz gospodarka jako codzienne doświadczenie milionów ludzi, którzy przez dekady żyli według prostego założenia: stała praca pozwala kupić dom, utrzymać rodzinę i dać dzieciom lepszy start niż własny.
Przez trzydzieści lat po drugiej wojnie światowej to założenie się sprawdzało. Amerykański przemysł był największy na świecie. Produktywność rosła, płace rosły razem z nią, a klasa robotnicza miała dostęp do dóbr, które wcześniej były zarezerwowane dla wyższych warstw. Pracownik fabryki Forda w Detroit mógł kupić dom, samochód, posłać dzieci na studia i odłożyć na emeryturę. Nie wymagało to ani wyższego wykształcenia, ani wyjątkowego talentu, ani ryzyka. Wymagało tylko pracy.
W latach dziewięćdziesiątych weszła w życie NAFTA — północnoamerykański układ o wolnym handlu, który zniósł większość ceł między Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem. Amerykańskie firmy, którym opłacało się produkować taniej, zaczęły przenosić fabryki za południową granicę. W 2001 roku przyszedł cios znacznie większy. Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu, co oznaczało, że ich towary mogły wjeżdżać na amerykański rynek na zasadach zarezerwowanych wcześniej dla najbliższych sojuszników. Z perspektywy konsumenta były to tańsze produkty w sklepach. Z perspektywy pracownika fabryki w Ohio — nagła konkurencja z kraju, w którym godzina pracy kosztowała kilkanaście razy mniej niż w Stanach Zjednoczonych.
Skutki tych decyzji zostały później dokładnie zmierzone. Przeprowadzono szerokie badanie tysięcy lokalnych rynków pracy w Stanach Zjednoczonych, porównując regiony silnie wystawione na chiński import z tymi, które ten import omijał. Wnioski opublikowane w 2013 roku były jednoznaczne. Utrata miejsc pracy w regionach przemysłowych nie była tymczasowa, lecz trwała. Wbrew klasycznym teoriom ekonomicznym pracownicy zwolnieni z fabryk nie przesuwali się do rozwijających się sektorów. Zostawali w tych samych miastach, z tymi samymi umiejętnościami, bez tych samych pracodawców. W niektórych regionach zatrudnienie w przemyśle wytwórczym spadło w ciągu dekady o jedną trzecią i nigdy się nie odbudowało.
To są suche fakty. Ich konsekwencje społeczne były jednak głębsze, niż jakakolwiek statystyka jest w stanie oddać. Zamknięcie fabryki w mieście, które żyło z tej fabryki przez sto lat, nie jest wydarzeniem ekonomicznym. Jest zdarzeniem cywilizacyjnym. Likwiduje nie tylko miejsca pracy, lecz całą strukturę społeczną, która wokół nich powstała: szkoły, kościoły, drużyny sportowe, kluby, lokalne gazety, lokalne sklepy. Ludzie zostają w miastach, z których wycofało się życie.
Obszar, który najmocniej odczuł te zmiany, rozciąga się od Pensylwanii przez Ohio i Indianę po Michigan i Wisconsin. Przez większą część XX wieku był sercem amerykańskiego przemysłu — to tu produkowano stal, samochody, maszyny, sprzęt gospodarstwa domowego. Gdy fabryki zaczęły się zamykać jedna po drugiej, krajobraz tych stanów zmienił się w sposób, który dorobił się własnej nazwy. Rust Belt — pas rdzy. Określenie weszło do języka publicznego, bo trafnie opisywało to, co rzeczywiście się stało. Świat, który kiedyś świecił, pokrył się rdzą. Fabryki opustoszały. Domy zaczęły tracić wartość. Młodzi wyjechali do większych miast. Starsi zostali z poczuciem, że ich życie nie miało takiego znaczenia, jakie do niedawna wydawało się oczywiste.
W tym samym czasie inna część Ameryki rosła. Kalifornia, Nowy Jork, Boston, Seattle — miasta technologii, finansów, mediów — przeżywały złotą erę. Powstawały fortuny niewyobrażalne wcześniej. Skala bogactwa skoncentrowanego w rękach najwyższego procenta przekroczyła poziomy, których nie widziano od lat dwudziestych. Statystyki krajowe pokazywały wzrost. Tylko ten wzrost rozkładał się skrajnie nierówno.
I tu pojawia się klucz do zrozumienia psychologii politycznej, która Trumpa wyniosła. Wyborcy z Rust Belt nie byli najbiedniejsi. Wciąż mieli domy, samochody, pracę. Nie byli głodni. Byli upokorzeni. Pamiętali świat, w którym ich zawód, ich miasto, ich klasa miały znaczenie. Patrzyli na nową Amerykę i widzieli w niej kraj, w którym ich istnienie przestało być uważane za ważne. Statystyki ekonomistów ich nie obejmowały. Wystąpienia polityków ich nie dotyczyły. Programy telewizyjne mówiły o problemach kogoś innego.
Skutki tej rozpaczy dało się zmierzyć nawet na poziomie statystyk zdrowotnych. W połowie ubiegłej dekady amerykańscy badacze opisali zjawisko, które nazwali „śmierciami z rozpaczy”. Chodziło o niespotykany wcześniej wzrost śmiertelności wśród białych Amerykanów w średnim wieku, bez wyższego wykształcenia, mieszkających poza wielkimi metropoliami. Umierali z trzech powodów: przedawkowania leków przeciwbólowych z grupy opioidów, marskości wątroby spowodowanej alkoholem oraz samobójstw. W żadnym innym kraju rozwiniętym ani w żadnej innej grupie demograficznej w samych Stanach Zjednoczonych takiego trendu nie zaobserwowano. To była statystyczna miara czegoś, czego wcześniej nie potrafiono uchwycić w liczbach: społecznej rezygnacji.
Blok 2: Globalizacja jako projekt elit
Procesy, które doprowadziły do tej sytuacji, nie były wynikiem klęski żywiołowej ani bezosobowej siły rynkowej. Były wynikiem konkretnych decyzji konkretnych ludzi.
Liberalizacja handlu nie spadła z nieba. NAFTA została wynegocjowana przez administrację George’a H.W. Busha i podpisana przez Billa Clintona. Wejście Chin do WTO było przedmiotem długich negocjacji, w których obie partie amerykańskie zgadzały się co do kierunku. Deregulacja sektora finansowego — łącznie z uchyleniem ustawy Glass-Steagalla, która od 1933 roku oddzielała bankowość komercyjną od inwestycyjnej — została przeprowadzona za zgodą i przy aktywnym udziale obu stron sceny politycznej.
Wokół tych decyzji wytworzył się konsensus, który na potrzeby tego materiału można nazwać konsensusem neoliberalnym. Jego centralna teza brzmiała: otwarte rynki, swobodny przepływ kapitału i pracy, minimalne regulacje przyniosą wzrost, z którego skorzystają wszyscy. Wzrost rzeczywiście nastąpił. Tylko że „wszyscy” okazali się znacznie węższą grupą, niż obiecywano.
Korzyści z globalizacji były realne, ale rozproszone. Każda z osobna pozostawała niewidoczna w codziennym życiu — tańszy telewizor w sklepie, tańsze ubranie w galerii handlowej, tańszy telefon dostępny dla pracownika, którego rodziców jeszcze nie było stać na podobne rzeczy. Razem przekładały się na wymierny wzrost siły nabywczej amerykańskiego konsumenta. Nie przekładały się jednak na świadomość polityczną. Konsument, który zaoszczędził kilkadziesiąt dolarów na zakupach, nie czuł, że jest beneficjentem żadnego systemu. Po prostu robił zakupy.
Koszty natomiast były skoncentrowane. Zamknięta fabryka miała konkretny adres, konkretną liczbę zwolnionych, konkretny region, w którym wszyscy znali kogoś, kto stracił pracę. Tysiące ludzi w jednym miejscu, których życie zmieniło się z dnia na dzień. Takie doświadczenie wytwarzało świadomość polityczną i wytwarzało gniew. Problem polegał na tym, że żadna z dwóch głównych partii nie chciała wziąć tego gniewu na siebie. Ani Demokraci, ani Republikanie nie oferowali tym ludziom języka, który pasowałby do ich doświadczenia.
Demokraci przez większość XX wieku byli partią klasy robotniczej i związków zawodowych. W latach dziewięćdziesiątych ten profil zaczął się zmieniać. Bill Clinton wprowadził kierunek nazywany trzecią drogą — w sprawach obyczajowych i kulturowych Demokraci stali się bardziej liberalni, w sprawach gospodarczych zaakceptowali większość założeń wolnorynkowych.
Republikanie tymczasem pozostali tym, czym byli wcześniej — partią niskich podatków, deregulacji i interesów biznesu. Pracownik, który stracił pracę po przeniesieniu fabryki do Meksyku albo do Chin, nie miał do kogo się zwrócić. NAFTA i otwarcie na chiński import zostały przeprowadzone przy poparciu obu partii.
W tej politycznej próżni zaczęła kumulować się energia, której długo nikt nie chciał zauważyć. Pierwszy wyraźny sygnał pojawił się już w 1992 roku, gdy w wyborach prezydenckich wystartował niezależny kandydat — biznesmen Ross Perot. Jego kampania opierała się głównie na sprzeciwie wobec NAFTA i ostrzeżeniach przed konsekwencjami wyprowadzenia produkcji za granicę. Zdobył 19 procent głosów, co dla kandydata spoza dwóch głównych partii było wynikiem niemal niespotykanym we współczesnej amerykańskiej polityce.
W tych samych latach w prawyborach republikańskich startował Pat Buchanan, dziennikarz i były doradca Reagana. Mówił językiem ekonomicznego nacjonalizmu — chronić amerykański przemysł, ograniczyć imigrację, postawić interesy własnych pracowników wyżej niż interesy globalnych korporacji. Dwadzieścia lat później ten sam język powtórzy Trump. Wreszcie w 2016 roku z lewej strony sceny politycznej Bernie Sanders zbierał miliony głosów na bardzo podobnej diagnozie — tyle że zamiast nacjonalizmu proponował silniejsze państwo socjalne.
Sygnały były obecne przez dwadzieścia pięć lat. Klasa polityczna ich nie odczytała.
Blok 3: Kryzys zaufania do establishmentu
Drugim wielkim procesem, który ukształtował grunt pod Trumpa, była erozja zaufania do amerykańskich instytucji. Ten proces nie zaczął się w 2016 roku ani nawet dekadę wcześniej. Trwał od pokoleń. W pierwszych latach XXI wieku przyspieszył jednak na taką skalę, że można mówić o punkcie zwrotnym. Złożyły się na to dwa wydarzenia, które na trwale zmieniły sposób, w jaki Amerykanie patrzą na własny rząd, własne media i własne elity.
Pierwszym była wojna w Iraku. W 2003 roku administracja George’a W. Busha przekonała Kongres, opinię publiczną i znaczną część świata, że Irak posiada broń masowego rażenia i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Na tej podstawie rozpoczęła inwazję, która kosztowała życie tysięcy amerykańskich żołnierzy i setek tysięcy Irakijczyków. Po inwazji okazało się, że broni masowego rażenia w Iraku nie ma. Nigdy jej nie było. Materiały wywiadowcze, które miały jej istnienie udowodnić, były błędne, częściowo sfabrykowane lub świadomie zinterpretowane pod z góry przyjętą tezę.
Konsekwencje polityczne tego odkrycia były ograniczone. Nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej. Żaden z głównych decydentów nie stracił reputacji w sposób, który zamknąłby mu drzwi do dalszej kariery publicznej. Politycy, którzy doprowadzili do wojny, zakończyli swoje kadencje i pojawiali się dalej w mediach jako szanowani komentatorzy. Generałowie odeszli w stan spoczynku z honorami. Eksperci, którzy doradzali w sprawie Iraku, wracali do telewizji w roli analityków kolejnych konfliktów. System nie rozliczył sam siebie.
Drugim takim momentem był kryzys finansowy z 2008 roku. Żeby zrozumieć jego skutki polityczne, trzeba w skrócie wyjaśnić, co właściwie się stało. Przez kilkanaście lat poprzedzających kryzys amerykańskie banki udzielały kredytów hipotecznych na masową skalę, w tym osobom, które nie miały realnej zdolności ich spłaty. Te ryzykowne kredyty pakowano następnie w skomplikowane produkty finansowe i sprzedawano dalej — innym bankom, funduszom emerytalnym, inwestorom na całym świecie.
Agencje ratingowe oznaczały te produkty jako bezpieczne. Regulatorzy państwowi nie reagowali. Gdy okazało się, że kredyty stojące u podstawy całej konstrukcji nie są spłacane, zaczęła się reakcja łańcuchowa, która groziła upadkiem nie tylko amerykańskiego, ale i światowego systemu finansowego.
Reakcja rządu była błyskawiczna i kosztowna. Setki miliardów dolarów publicznych pieniędzy poszło na ratowanie banków uznanych za „zbyt duże, by upaść”. Ich kierownictwa, których decyzje doprowadziły do kryzysu, zostały utrzymane na stanowiskach. Premie wypłacono nawet w roku, w którym banki przyjmowały pomoc publiczną. Tymczasem miliony zwykłych Amerykanów straciły domy w wyniku egzekucji komorniczych. Nikt z nich nie został uratowany.
Te dwa wydarzenia — Irak i kryzys finansowy — wywołały zmianę, której nie da się zmierzyć w prostych statystykach, ale której polityczne znaczenie okazało się większe niż jakikolwiek wskaźnik ekonomiczny. W amerykańskim społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że system działa w dwóch prędkościach. Jedna obowiązuje elity, druga wszystkich pozostałych. Elita popełnia poważne błędy bez ponoszenia konsekwencji. Zwykły obywatel ponosi koszty cudzych decyzji.
Wyniki długoletnich badań opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych pokazują w tym okresie konsekwentny spadek zaufania do wszystkich głównych instytucji — Kongresu, sądów, mediów, korporacji, kościołów, szkolnictwa wyższego. Spadek nie był chwilowym wahaniem. Trwał z roku na rok, niezależnie od tego, która partia rządziła. Każdy kolejny rok pogłębiał dystans między zwykłym obywatelem a strukturami, które formalnie miały go reprezentować. W tym dystansie można było zbudować niemal dowolną narrację polityczną, pod jednym warunkiem — winnych trzeba było wskazywać gdzie indziej niż wśród wyborców.
Blok 4: Rozpad wspólnej przestrzeni informacyjnej
Trzecim filarem, na którym opierał się sukces Trumpa, była zmiana sposobu, w jaki Amerykanie dowiadują się o świecie. Demokracja może działać tylko wtedy, gdy obywatele mają wspólne pojęcie o tym, co się dzieje w kraju. Można się różnić w ocenie tych samych wydarzeń. Nie da się jednak prowadzić poważnej debaty publicznej, jeśli każda strona widzi inną rzeczywistość.
Przez większą część XX wieku Stany Zjednoczone miały wspólny obraz informacyjny. Trzy główne stacje telewizyjne, kilka ogólnokrajowych gazet i sieć redakcji lokalnych tworzyły system, w którym wszyscy odnosili się mniej więcej do tych samych faktów. System nie był idealny. Miał uprzedzenia, popełniał błędy i pomijał wiele głosów. Ale wytwarzał coś, czego dziś brakuje — wspólny grunt do rozmowy.
W ciągu trzech dekad ten grunt się rozsypał. Najpierw amerykański regulator rynku medialnego zniósł obowiązek prezentowania w mediach różnych punktów widzenia w sprawach kontrowersyjnych. Wcześniej każda stacja korzystająca z państwowej licencji musiała dawać miejsce obu stronom sporu. Po zniesieniu tego obowiązku zaczęły powstawać media adresowane wyłącznie do jednej części elektoratu. Najpierw konserwatywne stacje radiowe. W połowie lat dziewięćdziesiątych konserwatywna telewizja informacyjna. Po drugiej stronie sceny politycznej rozwinęły się analogiczne formaty po stronie liberalnej. Z jednego krajobrazu informacyjnego zrobiły się dwa. Każdy przemawiał wyłącznie do swoich.
To była dopiero pierwsza faza. Internet, a potem media społecznościowe, diametralnie zmieniły sytuację. Algorytmy platform takich jak Facebook, Twitter, YouTube czy TikTok są zaprojektowane tak, by maksymalizować jeden parametr — czas, jaki użytkownik spędza na platformie. Zatrzymują uwagę najskuteczniej te treści, które wywołują silne emocje. Najsilniej działają trzy: gniew, oburzenie i lęk. Wewnętrzne dokumenty wielkich firm technologicznych, które w ostatnich latach przeciekły do mediów, potwierdziły to, co niezależni badacze podejrzewali od dawna. Platformy świadomie wzmacniają treści polaryzujące, ponieważ polaryzujące treści przynoszą im zysk.
Konsekwencja jest następująca. Dwie grupy obywateli tego samego kraju mogą żyć w zupełnie różnych światach informacyjnych, mieć dostęp do innych faktów, słuchać innych komentatorów i uważać za najważniejsze zupełnie inne problemy. Nie chodzi już o to, że nie zgadzają się ze sobą w ocenach. Chodzi o to, że coraz mniej rozumieją, w jakiej rzeczywistości żyje druga strona.
W tej nowej rzeczywistości jedna z podstawowych funkcji mediów — kontrolowanie władzy poprzez ujawnianie faktów i rozliczanie polityków z konsekwencji ich decyzji — przestała działać tak jak wcześniej. Krytyczny artykuł w renomowanej amerykańskiej gazecie nie docierał do wyborców Trumpa. Docierał do jego przeciwników, którzy i tak już byli przekonani. Dla samych wyborców Trumpa istnienie takiej krytyki było raczej dowodem na to, że media głównego nurtu są wrogie ich kandydatowi — a tym samym wrogie im samym.
Trump tej dynamiki nie stworzył. Zrozumiał ją jednak wcześniej i lepiej niż większość jego konkurentów. Twitter dawał mu możliwość komunikowania się z milionami wyborców bezpośrednio, z pominięciem dziennikarzy i redakcji. Każda kontrowersyjna wypowiedź wywoływała falę komentarzy, sprostowań i dyskusji, które razem działały jak darmowa kampania reklamowa. W tradycyjnych mediach Trump otrzymywał zasięg za każdym razem, gdy zabierał głos. Nawet ostre komentarze krytyczne wzmacniały jego obecność, ponieważ liczyła się sama wszechobecność, a nie jej ton.
Blok 5: Pęknięcie kulturowe
Do procesów gospodarczych, instytucjonalnych i medialnych trzeba dodać jeszcze jeden — kulturowy. Trudniej go zmierzyć w liczbach, ale w polityce okazał się być może najsilniejszym z nich wszystkich.
W ciągu ostatnich kilku dekad Stany Zjednoczone przeszły jedną z najszybszych zmian demograficznych w swojej historii. Udział białych Amerykanów w populacji systematycznie się zmniejszał. Wielkie miasta zmieniały skład etniczny w tempie, którego kraj wcześniej nie znał. Migracja z Ameryki Środkowej i Południowej przekształcała charakter całych stanów. Z każdym rokiem rosła też liczba osób, które urodziły się poza granicami kraju, a pracowały w amerykańskiej gospodarce.
Każda zmiana tej skali wywołuje napięcia. Nie są one sprowadzalne wyłącznie do rasizmu, choć i ten odgrywa swoją rolę. Dotyczą czegoś szerszego — sposobu, w jaki ludzie rozumieją własny kraj, własną historię i własne miejsce w społeczeństwie. Pokolenie, które wychowało się w określonym obrazie Ameryki, dostrzegało, że ten obraz przestaje obowiązywać.
Równolegle dokonywała się druga zmiana — w wartościach, języku i normach życia publicznego. Sprawy, które jeszcze trzydzieści lat wcześniej znajdowały się na marginesie debaty, weszły do jej głównego nurtu. Prawa osób LGBT, dyskusja o płci i tożsamości, polityka różnorodności w korporacjach, mediach i na uczelniach — wszystko to stało się elementem oficjalnego języka. Dla części społeczeństwa była to oczekiwana, długo wstrzymywana modernizacja. Dla innej części był to sygnał, że tradycyjny system wartości, w którym się wychowali, jest publicznie traktowany jako przestarzały, a niekiedy wręcz wstydliwy.
Z czasem narastało także zjawisko, które badacze życia społecznego określali różnie, ale którego sens sprowadzał się do jednego założenia. Sukces zaczął być traktowany jako wyłączna zasługa jednostki, a porażka — jako jej osobista wina. W kraju, w którym dyplom wyższej uczelni stał się głównym wyznacznikiem statusu, klasa wykształcona zaczęła patrzeć na klasę pracującą bez dyplomu z dystansu. Już nie jak na współobywateli, których trzeba reprezentować, lecz jak na grupę, która nie nadąża, nie rozumie zachodzących zmian i nie chce się do nich dostosować. Pogarda — czasem wyrażana wprost, częściej w sposób ukryty, w doborze słów, tonie wypowiedzi, sposobie opisywania problemów — stała się stałym elementem języka elit.
Najgłośniejszym przykładem była wypowiedź Hillary Clinton z kampanii 2016 roku. Określiła wówczas połowę wyborców Trumpa jako „kosz godnych ubolewania”. Sformułowanie szybko zyskało status symbolu, bo trafiało w to, co znacząca część Amerykanów czuła od dłuższego czasu. Nie chodziło o spór polityczny. Chodziło o to, że są traktowani jako ludzie, których poglądów nie warto rozumieć, bo wystarczy je potępić.
Trump natychmiast rozpoznał tę dynamikę. Jego najsilniejsza obietnica polityczna nie dotyczyła konkretnych rozwiązań ani programu gospodarczego. Dotyczyła czegoś bardziej elementarnego — statusu. Powtarzał, że jego wyborcom odebrano głos. Że są traktowani z pogardą. Że on będzie ich głosem. Dla milionów ludzi, którzy od dekad czuli się lekceważeni przez elity obu partii, ten przekaz miał wartość, której żaden program socjalny ani podatkowy nie byłby w stanie zastąpić.
W tym sensie populizm Trumpa nie był przede wszystkim populizmem gospodarczym. Był populizmem tożsamościowym. Był obietnicą przywrócenia godności ludziom, którzy poczuli się jej pozbawieni. I właśnie dlatego okazał się skuteczny — nie dlatego, że Trump tę godność rzeczywiście im zwracał, lecz dlatego, że nikt inny w głównym nurcie polityki nawet nie próbował tego robić.
Blok 6: Trump jako efekt końcowy
Mając na uwadze wszystko, co zostało powiedziane wcześniej, można teraz spojrzeć na Trumpa nie jako na anomalię, lecz jako na logiczne ukoronowanie procesów, które trwały dekady.
Trump nie stworzył gniewu klasy robotniczej zniszczonej przez deindustrializację. Znalazł go gotowego. Trump nie zaprojektował kryzysu zaufania do instytucji. Wszedł na grunt, który Irak i kryzys finansowy zorały na dziesięciolecia. Trump nie wynalazł fragmentacji medialnej i polaryzacji algorytmicznej. Wykorzystał system, który już istniał. Trump nie wymyślił poczucia kulturowej alienacji znacznej części białej Ameryki. Dał mu język i twarz.
Jego polityczna wartość polegała na umiejętności syntezy. Każdy z tych nurtów istniał osobno przez lata. Każdy miał swoich kandydatów, swoje partie, swoich proroków. Żaden z nich osobno nie wystarczał, by zdobyć Biały Dom.
Trump połączył je w jeden przekaz, który dla bardzo różnych grup wyborców — pracowników z Rust Belt, drobnych przedsiębiorców z Południa, ewangelikańskich konserwatystów, części Latynosów rozczarowanych Demokratami, młodych mężczyzn bez wykształcenia szukających przywódcy mówiącego ich językiem — brzmiał wiarygodnie.
Spójność tej koalicji nie polegała na wspólnym programie. Wyborcy Trumpa różnili się między sobą głęboko w sprawach konkretnych. Spoiwem było co innego: wspólne przekonanie, że istniejący system pracuje przeciwko nim i że jedynym sposobem zmiany jest wybranie kogoś, kto ten system rozsadzi od środka. Trump idealnie pasował do tej roli, bo nie był polityką waszyngtońską. Był jej zaprzeczeniem.
W systemie politycznym, w którym partie funkcjonowały sprawnie, taki kandydat nigdy nie dotarłby do nominacji. Partia Republikańska przed dekadą miała mechanizmy, które zatrzymywały kandydatów spoza głównego nurtu. W 2016 roku te mechanizmy zawiodły.
System prawyborów — w którym o nominacji decyduje aktywny elektorat partyjny, a nie kierownictwo — okazał się przepuszczalny dla kogoś, kto potrafił mówić językiem najbardziej zaangażowanej, najgłębiej rozczarowanej części republikańskiej bazy. Tę bazę elity partii latami karmiły konfrontacyjnym językiem przeciwko Waszyngtonowi. Gdy zjawił się ktoś, kto traktował tę retorykę poważniej niż oni sami, baza wybrała jego, nie ich.
Po 2016 roku Republikanie stanęli przed wyborem: sprzeciwić się Trumpowi i ryzykować utratę elektoratu, albo podporządkować się i zachować pozycje. Większość wybrała drugie. W ciągu kilku lat partia, która przez sto pięćdziesiąt lat była partią Lincolna, Roosevelta i Reagana, stała się partią Trumpa. Nie dlatego, że Trump tak chciał. Dlatego, że jego baza tak chciała, a politycy reprezentują tych, którzy ich wybierają, niezależnie od osobistych przekonań.
Blok 7: Co z tego wynika
Najwygodniejsza interpretacja zjawiska Trumpa brzmi tak: jest to chwilowy wypadek przy pracy, anomalia, która sama się skoryguje, gdy on opuści scenę polityczną. Ta interpretacja jest błędna, a w dłuższej perspektywie niebezpieczna.
Trump pokazał coś, czego wcześniej wielu komentatorów i badaczy nie brało na poważnie. Pokazał, że w warunkach, jakie ukształtowały się w Stanach Zjednoczonych na przełomie XX i XXI wieku, polityk kwestionujący podstawowe normy demokratyczne może nie tylko zdobyć władzę, ale i przejąć jedną z dwóch głównych partii w państwie. To doświadczenie nie zniknie razem z nim. Pozostanie w pamięci amerykańskiej polityki na dekady — jako wzór do naśladowania dla tych, którzy zechcą iść tą samą drogą.
Następca Trumpa, niezależnie od tego, z której partii się wywiedzie, nie musi powtarzać jego stylu. Może być spokojniejszy, bardziej zdyscyplinowany, lepiej przygotowany merytorycznie i znacznie sprawniejszy w korzystaniu z narzędzi administracyjnych państwa. Wystarczy, że zrozumie mechanizm, który Trump odkrył metodą prób i błędów.
Mechanizm jest prosty: znacząca część amerykańskiego elektoratu jest gotowa poprzeć kandydata, który przedstawia konflikt z instytucjami jako warunek odzyskania kontroli nad krajem. Polityk metodyczny, dobrze przygotowany i sprawny w działaniu, który zrozumie tę dynamikę, może okazać się dla amerykańskiej demokracji znacznie poważniejszym wyzwaniem niż sam Trump. Nie dlatego, że będzie ostrzejszy w retoryce. Dlatego, że będzie skuteczniejszy w realizacji.
To ostrzeżenie nie dotyczy wyłącznie Stanów Zjednoczonych. Procesy, które wyniosły Trumpa do władzy, działają we wszystkich krajach rozwiniętego Zachodu. Deindustrializacja, polaryzacja, fragmentacja przestrzeni medialnej, spadek zaufania do instytucji, pęknięcie między klasą wykształconą a klasą pracującą — żadne z tych zjawisk nie jest specyfiką amerykańską. To są zjawiska zachodnie. Europa Zachodnia od kilkunastu lat ma własnych kandydatów odwołujących się do bardzo podobnych emocji. Polska — w innej skali i z innej historii — także zna ten mechanizm z własnego podwórka.
Amerykański przypadek jest najbardziej widoczny, ponieważ dotyczy najsilniejszego państwa świata. Ale mechanizm, który stoi za Trumpem, jest mechanizmem całej epoki. Nie da się go rozwiązać przez pokonanie jednej osoby w jednych wyborach. Można go rozwiązać tylko przez zmierzenie się z procesami, które go wywołały. To wymaga czasu, zasobów i — przede wszystkim — uczciwego rozpoznania, że problem nie tkwi w ludziach, którzy głosują w sposób uznawany za niewłaściwy. Problem tkwi w warunkach, które sprawiły, że taki głos stał się dla nich racjonalny.
Tego rozpoznania w głównym nurcie debaty publicznej wciąż brakuje. Dopóki go nie będzie, system będzie produkował kolejnych kandydatów tego samego typu. Pod różnymi nazwiskami, w różnych partiach, z różnym stylem. Każdy kolejny będzie traktowany jako odstępstwo od reguły — dopóki następny nie pokaże, że był regułą.
