Dlaczego Zachód przegrywa?

0. Otwarcie – postawienie problemu

Zachód nie przegrywa dlatego, że ktoś go skutecznie atakuje.
Przegrywa dlatego, że sam przestał wierzyć, że jego porządek jest czymś, czego warto aktywnie bronić.

Przez dekady liberalny Zachód funkcjonował w przekonaniu, że jego model świata jest naturalnym kierunkiem rozwoju cywilizacji. Że wolny rynek, demokracja, prawa jednostki i międzynarodowe reguły nie są jedną z możliwych konstrukcji, lecz ostatecznym etapem rozwoju. W takim świecie obrona systemu nie wymagała wysiłku — wystarczało go utrzymywać.

Problem polega na tym, że świat się zmienił, a Zachód mentalnie pozostał w epoce stabilności. Konflikt, ryzyko i koszt przestały być elementem zbiorowej wyobraźni. Bezpieczeństwo zaczęło być traktowane jak stan domyślny, a nie efekt ciągłego działania. W momencie, gdy pojawiły się realne zagrożenia, okazało się, że nie ma ani społecznej gotowości do ponoszenia konsekwencji, ani politycznej odwagi, by je jasno nazwać.

To nie jest opowieść o zdradzie wartości ani o ich nagłym odrzuceniu. To raczej historia powolnego zaniku przekonania, że te wartości mają swoją cenę — i że czasem trzeba ją zapłacić. Liberalny Zachód nie tyle przestał wierzyć w wolność, prawo czy demokrację, co przestał wierzyć, że są one warte realnych poświęceń.

Ten materiał nie będzie próbą moralnej oceny ani nostalgii za „lepszymi czasami”. Jego celem jest zrozumienie, jak doszło do momentu, w którym system zbudowany na sile i pewności siebie zaczął zachowywać się tak, jakby sam wątpił w sens swojego istnienia.

Dopiero z tej perspektywy można sensownie mówić o Trumpie, o wojnie w Ukrainie, o Chinach, o słabości Unii Europejskiej i o narastającym chaosie globalnym. Bez tego punktu wyjścia wszystkie te zjawiska wyglądają jak zbiór niepowiązanych kryzysów. Z nim — zaczynają układać się w spójną całość.

1. Czym był „liberalny Zachód” – w sensie działania, nie ideologii

Liberalny Zachód nie był przede wszystkim zbiorem wartości zapisanych w konstytucjach ani projektem filozoficznym. Był modelem organizacji świata, który po II wojnie światowej, a szczególnie po zakończeniu zimnej wojny, okazał się wyjątkowo skuteczny w jednym wymiarze: produkowaniu stabilności, bezpieczeństwa i dobrobytu.

Jego siła nie polegała na moralnej wyższości, lecz na praktycznym działaniu. Konflikty miały być rozwiązywane przez instytucje, a nie przez siłę. Rywalizacja miała odbywać się na rynku, a nie na polu bitwy. Prawo miało zastępować przemoc, a handel – wojnę. Państwa miały ze sobą współzależnie współpracować, bo to miało się po prostu wszystkim opłacać.

Ten porządek nie eliminował konfliktów, ale spychał je na margines. Czynił je kosztownymi, nieopłacalnymi i coraz mniej akceptowalnymi społecznie. Wojna stawała się anomalią, czymś archaicznym, sprzecznym z logiką nowoczesnego świata. W tym sensie liberalny Zachód był systemem, który obiecywał jedno: że przyszłość będzie przewidywalna, a życie coraz bezpieczniejsze.

Kluczowe jest jednak to, że legitymacja tego systemu nie opierała się na wartościach samych w sobie, lecz na efektach. Ludzie akceptowali liberalną demokrację nie dlatego, że była liberalna, ale dlatego, że działała. Dawała wzrost poziomu życia, poczucie bezpieczeństwa, stabilne instytucje i przewidywalność jutra. To była umowa społeczna oparta na rezultatach, nie na poświęceniu.

W tym modelu obrona porządku nie była postrzegana jako wysiłek. Bezpieczeństwo stało się tłem codzienności, a nie zadaniem wymagającym ciągłej uwagi. Armie mogły się kurczyć, ryzyka można było ignorować, a konflikty delegować „gdzieś daleko”. Liberalny Zachód nauczył się funkcjonować tak, jakby pokój był naturalnym stanem świata, a nie kruchym wyjątkiem.

I właśnie w tym tkwiło ziarno przyszłego problemu. System, który działa dzięki stabilności i przewidywalności, z czasem przestaje rozumieć warunki własnego istnienia. Gdy przemoc znika z codziennego doświadczenia, znika też zdolność myślenia o niej jako realnej możliwości. A wraz z nią – gotowość do ponoszenia kosztów, które są nieodłącznym elementem obrony jakiegokolwiek porządku.

Liberalny Zachód był więc nie tyle naiwny, co zbyt skuteczny we własnym sukcesie. Tak bardzo oswoił swoje społeczeństwa z pokojem, że przestały one postrzegać go jako coś, co wymaga ciągłego zabezpieczania. To przekonanie stanie się kluczowe, gdy świat przestanie grać według tych samych zasad.

2. Moment złudzenia: gdy Zachód uznał swój porządek za „naturalny”

Liberalny Zachód nie stracił wiary w siebie w jednym momencie. To nie był szok ani nagłe załamanie. To był proces oswajania sukcesu, który z czasem przerodził się w złudzenie, że wypracowany porządek jest stanem trwałym, a nie historycznym wyjątkiem.

Po zakończeniu zimnej wojny zniknął realny przeciwnik, który przez dekady wymuszał czujność, dyscyplinę i gotowość do obrony własnego modelu. Świat zaczął wyglądać tak, jakby nie było już alternatywy. Konflikt ideologiczny się skończył, a liberalna demokracja przestała być jedną z opcji — zaczęła być postrzegana jako oczywistość.

W tym momencie nastąpiła zmiana mentalna, która z perspektywy czasu okazała się kluczowa. Skoro porządek zwyciężył, nie trzeba było go już aktywnie bronić. Skoro nikt nie kwestionował jego podstaw, nie było potrzeby tłumaczenia jego sensu ani kosztów. Bezpieczeństwo, stabilność i dobrobyt zaczęły funkcjonować jako naturalne tło rzeczywistości, a nie efekt konkretnych decyzji politycznych i strategicznych.

To właśnie wtedy Zachód zaczął mylić brak zagrożenia z brakiem zagrożeń w ogóle. Ryzyko zostało wypchnięte poza horyzont wyobraźni społecznej. Wojna stała się czymś, co „zdarza się gdzie indziej”. Konflikty przestały być traktowane jako realna możliwość, a zaczęły być postrzegane jako problem peryferyjny, lokalny lub przejściowy.

Wraz z tym złudzeniem zmienił się też charakter elit politycznych. Kolejne pokolenia decydentów nie wchodziły do polityki w warunkach zagrożenia, lecz w warunkach zarządzania stabilnością. Ich kompetencje kształtowały się wokół regulacji, kompromisu i administrowania wzrostem, a nie wokół podejmowania decyzji egzystencjalnych. Państwo przestało być narzędziem obrony porządku, a stało się menedżerem komfortu społecznego.

Ten sam proces dotknął społeczeństwa. Pokolenia wychowane w świecie bez realnego konfliktu nie miały ani doświadczenia, ani języka do opisu zagrożeń systemowych. Ryzyko stało się pojęciem abstrakcyjnym, a poświęcenie — czymś obcym. W takim świecie każde zakłócenie stabilności zaczęło być odbierane jako błąd rządzących, a nie nieunikniony koszt funkcjonowania w niebezpiecznym świecie.

Złudzenie polegało na tym, że liberalny Zachód uznał swoje warunki istnienia za dane raz na zawsze. Gdy przemoc zniknęła z codziennego doświadczenia, zniknęła też potrzeba myślenia o niej jako narzędziu polityki. A gdy przestało się o niej myśleć, przestało się również przygotowywać na jej powrót.

Ten moment nie oznaczał upadku Zachodu. Oznaczał coś groźniejszego: utratę świadomości, że porządek, w którym żyjemy, jest kruchy i wymaga stałej ochrony. Gdy świat zaczął się zmieniać, Zachód nie zauważył tego od razu — bo był przekonany, że gra już się skończyła.

3. Rozbrojenie mentalne: gdy wygoda stała się najwyższą wartością

Złudzenie stabilności miało swoje konsekwencje praktyczne. Gdy świat przez długi czas nie wymaga wysiłku obronnego, zmienia się hierarchia wartości, według której funkcjonują zarówno państwa, jak i społeczeństwa. W liberalnym Zachodzie tą nową wartością nadrzędną stała się wygoda — rozumiana szerzej niż komfort materialny, jako brak kosztów, napięć i trudnych wyborów.

Bezpieczeństwo zaczęło być traktowane jak infrastruktura: coś, co po prostu istnieje i działa w tle. Skoro działało przez lata, można było je optymalizować, ograniczać wydatki, redukować ryzyka. Armie stawały się mniejsze, droższe i coraz bardziej wyspecjalizowane, ale jednocześnie coraz mniej zdolne do prowadzenia długotrwałego konfliktu. Obrona przestała być masowym wysiłkiem społecznym, a stała się usługą świadczoną przez wąskie elity profesjonalistów.

Ten sam mechanizm dotknął gospodarki. Zachód coraz chętniej uzależniał się od taniej energii, taniej produkcji i zewnętrznych łańcuchów dostaw, zakładając, że świat pozostanie stabilny, a partnerzy handlowi racjonalni. Ryzyko polityczne zostało podporządkowane rachunkowi ekonomicznemu. Jeśli coś było tańsze i efektywniejsze, uznawano to za rozwiązanie lepsze — nie pytając, co stanie się w momencie zerwania tej logiki.

Wygoda stała się również kategorią polityczną. Decyzje, które wymagałyby długofalowych wyrzeczeń, przestały być komunikowalne społecznie. Każdy koszt był przedstawiany jako porażka, a każda trudna decyzja jako niekompetencja rządzących. Polityka coraz mniej polegała na zarządzaniu ryzykiem, a coraz bardziej na minimalizowaniu dyskomfortu wyborców.

W takim środowisku strategiczne myślenie zaczęło zanikać. Nie dlatego, że elity były głupie czy złej woli, lecz dlatego, że system nagradzał krótkoterminowy spokój, a karał każdą próbę przygotowania się na scenariusze kryzysowe. Ostrzeganie przed zagrożeniami stawało się politycznie nieopłacalne, bo burzyło poczucie normalności, na którym opierała się legitymacja władzy.

Rozbrojenie mentalne nie oznaczało więc pacyfizmu ani naiwnej wiary w dobroć świata. Oznaczało utracenie zdolności myślenia w kategoriach ceny, jaką trzeba zapłacić za utrzymanie własnego porządku. Gdy wygoda staje się najwyższą wartością, każde ryzyko jawi się jako coś, czego należy unikać za wszelką cenę — nawet jeśli jego uniknięcie oznacza długofalową słabość.

To właśnie w tym momencie liberalny Zachód przestał być zdolny do samodzielnego odstraszania. Nie dlatego, że zabrakło mu środków, lecz dlatego, że zabrakło społecznej akceptacji dla ich użycia i finansowania. System, który przez dekady obiecywał coraz łatwiejsze życie, nie potrafił już przekonująco wyjaśnić, dlaczego nagle miałoby ono stać się trudniejsze.

Rozbrojenie mentalne było procesem cichym i niemal niewidocznym. Nie objawiało się protestami ani kryzysami. Objawiło się dopiero wtedy, gdy świat przestał respektować założenia, na których Zachód zbudował swoją wygodę. Wtedy okazało się, że najtrudniej odbudować nie armię czy przemysł, lecz gotowość społeczeństw do ponoszenia kosztów.

4. Społeczeństwa, które nie rozumieją wojny, a muszą ją finansować

Rozbrojenie mentalne Zachodu nie byłoby pełne bez jednego kluczowego elementu: społeczeństw, które przez dekady żyły w świecie pozbawionym realnego doświadczenia konfliktu. Wojna przestała być czymś, co dotyka codziennego życia. Stała się obrazem z ekranu, problemem peryferyjnym albo abstrakcyjną kategorią z podręczników historii.

Dla większości zachodnich społeczeństw wojna istniała wyłącznie jako narracja medialna. Jako wydarzenie, które można komentować, potępiać lub wspierać symbolicznie — ale które nie wymaga osobistego zaangażowania ani ponoszenia bezpośrednich kosztów. W takim świecie poparcie dla obrony wartości było łatwe, dopóki pozostawało deklaratywne.

Problem pojawił się w momencie, gdy wojna wróciła do Europy w formie realnej, długotrwałej i kosztownej. Nagle okazało się, że obrona porządku międzynarodowego oznacza wyższe ceny energii, inflację, napięcia budżetowe, wydatki na zbrojenia i długofalowe zobowiązania. To, co wcześniej było ideą, stało się konkretnym rachunkiem.

W tym momencie ujawnił się głęboki dysonans. Społeczeństwa Zachodu w ogromnej większości popierają wartości, na których opiera się liberalny porządek, ale jednocześnie nie są przygotowane na ich finansowanie w warunkach realnego konfliktu. Poparcie zaczyna się kruszyć tam, gdzie pojawia się trwały koszt, a nie jednorazowe wyrzeczenie.

Ten dysonans nie wynika z egoizmu ani cynizmu. Wynika z faktu, że przez lata nie istniał język, który łączyłby bezpieczeństwo z codziennym życiem. Wojna nie była przedstawiana jako możliwość, na którą trzeba się przygotowywać, lecz jako coś, co „już się nie wydarzy”. Gdy więc wróciła, społeczeństwa nie miały mentalnych narzędzi, by ją zrozumieć.

Efektem jest zmęczenie. Zmęczenie kosztami, zmęczenie napięciem, zmęczenie koniecznością ciągłego zajmowania stanowiska wobec konfliktu, który nie daje szybkiego rozwiązania. W takim stanie poparcie dla obrony porządku zaczyna być warunkowe: tak długo, jak nie narusza poczucia stabilności i komfortu.

Nie da się jednak prowadzić długotrwałej polityki bezpieczeństwa w oparciu o warunkowe zaangażowanie. Każda wojna, nawet prowadzona „gdzieś indziej”, wymaga ciągłego wysiłku społecznego, a nie tylko symbolicznych gestów. Jeśli społeczeństwo nie rozumie, dlaczego ten wysiłek jest konieczny, zaczyna postrzegać go jako nieuzasadnione obciążenie.

W ten sposób liberalny Zachód znalazł się w sytuacji paradoksalnej. Posiada zasoby, technologie i potencjał gospodarczy pozwalający na obronę własnego porządku, ale brakuje mu społecznej gotowości do długotrwałego ponoszenia konsekwencji tej obrony. To nie przeciwnicy podważyli tę gotowość — ona została utracona wcześniej, w świecie, który zbyt długo wydawał się bezpieczny.

To napięcie między deklarowaną solidarnością a realnym kosztem stanie się jednym z kluczowych wyzwań Zachodu w nadchodzących latach. Bez jego rozwiązania każda kolejna próba obrony liberalnego porządku będzie coraz trudniejsza — niezależnie od tego, jak silne pozostaną jego instytucje i armie.

5. Elity Zachodu: zarządcy dobrobytu w świecie kryzysu

Gdy liberalny Zachód funkcjonował w warunkach stabilności, jego elity polityczne i administracyjne rozwijały kompetencje adekwatne do tamtej rzeczywistości. Ich zadaniem nie było prowadzenie społeczeństw przez egzystencjalne kryzysy, lecz optymalizacja systemu, który działał. Polityka polegała na regulowaniu, łagodzeniu sporów i dystrybucji owoców wzrostu, a nie na podejmowaniu decyzji o wysokim koszcie społecznym.

W takim modelu władza stopniowo przestała być kojarzona z odpowiedzialnością za bezpieczeństwo, a zaczęła być postrzegana jako usługa zarządzania komfortem. Elity były oceniane nie przez zdolność przewidywania zagrożeń, lecz przez umiejętność utrzymania spokoju i stabilnych nastrojów. Każda decyzja, która niosła ze sobą ryzyko polityczne, była traktowana jako porażka komunikacyjna, a nie jako element koniecznego przygotowania na przyszłość.

Ten mechanizm miał długofalowe skutki. Politycy przestali mówić społeczeństwom prawdę o kosztach bezpieczeństwa, bo system wyborczy i medialny karał za niepokojenie opinii publicznej. Ostrzeganie przed zagrożeniami stało się synonimem „straszenia”, a długoterminowe planowanie – oznaką oderwania od realnych problemów dnia codziennego. W efekcie elity nauczyły się unikać języka ryzyka, konfliktu i poświęcenia.

Gdy świat wszedł w fazę kryzysów, okazało się, że te same elity muszą nagle pełnić rolę, do której nie były instytucjonalnie ani mentalnie przygotowane. Zarządzanie chaosem wymaga bowiem czegoś innego niż zarządzanie wzrostem. Wymaga jasnych priorytetów, zdolności do narzucania kosztów i gotowości do podejmowania decyzji, które będą niepopularne, ale konieczne.

Problem Zachodu nie polega więc na braku inteligentnych ludzi u władzy, lecz na tym, że cały system selekcji elit został dostosowany do świata bez poważnych zagrożeń. Politycy, którzy najlepiej radzili sobie w warunkach dobrobytu, niekoniecznie są tymi, którzy potrafią prowadzić społeczeństwa w czasie próby. A mechanizmy wymiany elit działają zbyt wolno, by nadążyć za tempem zmian globalnych.

W tej sytuacji elity często reagują defensywnie. Zamiast przygotowywać społeczeństwa na długotrwałe koszty, próbują utrzymać pozory normalności. Zamiast tłumaczyć skalę wyzwań, łagodzą przekaz, odkładają decyzje i liczą na to, że kryzys okaże się przejściowy. Taka strategia może działać krótkoterminowo, ale w dłuższej perspektywie prowadzi do utraty zaufania.

Społeczeństwa wyczuwają bowiem rozdźwięk między oficjalnym przekazem a rzeczywistością. Gdy koszty rosną, a zagrożenia nie znikają, pojawia się poczucie, że władza nie mówi całej prawdy. To właśnie w tej przestrzeni rodzi się frustracja, cynizm i podatność na narracje antysystemowe, które obiecują prostotę tam, gdzie elity oferują niejasność.

Elity liberalnego Zachodu znalazły się więc w pułapce. Muszą zarządzać światem, który wymaga twardych decyzji, używając narzędzi i języka stworzonych do zarządzania stabilnością. Dopóki ta sprzeczność nie zostanie rozwiązana, każda próba odbudowy wiary w liberalny porządek będzie napotykać na ten sam problem: brak przywództwa zdolnego przekuć wartości w realną strategię przetrwania.

6. Świat poza Zachodem zauważył to wcześniej niż Zachód sam

Słabość liberalnego Zachodu nie została odkryta przez jego przeciwników w wyniku jednej analizy czy przełomowego wydarzenia. Została zaobserwowana w praktyce, poprzez lata konsekwentnych sygnałów wysyłanych przez sam Zachód: unikanie kosztów, opóźnianie decyzji, warunkowe zaangażowanie i rosnącą niechęć do ponoszenia długofalowych konsekwencji.

Państwa funkcjonujące poza liberalnym porządkiem nigdy nie przyjęły założenia, że świat stał się trwale bezpieczny. Dla nich konflikt, presja i ryzyko pozostały normalnymi narzędziami polityki. Gdy Zachód uznał, że reguły zastąpiły siłę, one nigdy nie przestały traktować siły jako ostatecznego argumentu.

To zderzenie dwóch sposobów myślenia stało się szczególnie widoczne w ostatnich latach. Dla Zachodu destabilizacja była problemem do rozwiązania. Dla jego rywali — narzędziem, które można wykorzystywać, testując granice reakcji. Każda niejednoznaczna odpowiedź, każdy kompromis wynikający z obawy przed eskalacją, był odczytywany nie jako przejaw odpowiedzialności, lecz jako brak determinacji.

Kluczowe jest to, że świat poza Zachodem nie oceniał go przez pryzmat deklarowanych wartości, lecz przez zdolność do działania. Retoryka o obronie porządku międzynarodowego miała znaczenie tylko wtedy, gdy była poparta realnym kosztem. Gdy go brakowało, sygnał był jednoznaczny: Zachód chce stabilności, ale nie jest gotów jej wymuszać.

W tym sensie reakcje Zachodu na kolejne kryzysy — od konfliktów regionalnych po wojnę w Europie — były analizowane jako test. Nie test moralny, lecz test odporności systemu. Jak długo utrzyma się zaangażowanie? Jak szybko pojawi się zmęczenie kosztami? Jak łatwo podzielić społeczeństwa narracyjnie? Każda odpowiedź była zapisywana i wykorzystywana w kolejnych kalkulacjach.

Równocześnie państwa nieliberalne nie musiały zmieniać swojego modelu wewnętrznego, by konkurować z Zachodem. Wystarczyło, że przestały grać według jego założeń, zachowując własną spójność decyzyjną i gotowość do długofalowego planowania. Tam, gdzie Zachód musiał tłumaczyć każdy koszt swoim społeczeństwom, one mogły go narzucić bez negocjacji.

To nie oznacza, że te modele są skuteczniejsze czy atrakcyjniejsze w sensie jakości życia. Oznacza jednak, że lepiej radzą sobie w świecie konfliktu i presji, bo nie muszą przekonywać obywateli, że poświęcenie jest konieczne — ono jest wpisane w system.

Najgroźniejsze dla Zachodu jest to, że jego słabość została odczytana nie jako chwilowa, lecz jako strukturalna. Świat poza nim zaczął działać w przekonaniu, że liberalny porządek nie ma już woli ekspansji ani obrony, a jedynie wolę przetrwania w możliwie komfortowej formie.

To zmienia dynamikę globalną w sposób zasadniczy. Gdy jedna strona przestaje wierzyć, że jej porządek wymaga aktywnej obrony, druga strona zaczyna traktować go jako tymczasowy układ, który można stopniowo demontować. Bez jednego, spektakularnego starcia — za to poprzez ciągłą presję, testowanie i przesuwanie granic.

7. Dlaczego wiary nie da się odbudować bez zgody na koszt

Liberalny Zachód znalazł się w sytuacji, w której nie wystarczy już przypominać, jakie wartości deklaruje. Problem nie polega na braku haseł, dokumentów czy instytucji. Problem polega na tym, że przez lata zerwane zostało fundamentalne połączenie między wartościami a ich ceną. A bez tego żadna wiara w porządek nie może być trwała.

Społeczeństwa Zachodu wciąż w ogromnej mierze identyfikują się z ideą wolności, prawa i demokracji. Ale identyfikacja ta ma dziś charakter emocjonalny i symboliczny, a nie operacyjny. Wartości są akceptowane tak długo, jak nie wymagają trwałego wyrzeczenia. Gdy pojawia się konieczność realnego kosztu — finansowego, społecznego, energetycznego czy bezpieczeństwa — poparcie zaczyna się kruszyć.

To nie jest defekt moralny społeczeństw. To logiczna konsekwencja systemu, który przez dekady nie uczył, że bezpieczeństwo jest procesem, a nie stanem. Jeśli przez całe pokolenia państwo dostarczało stabilność bez widocznych kosztów, trudno oczekiwać, że nagle pojawi się gotowość do ich ponoszenia bez oporu.

W tym sensie próby odbudowy wiary w liberalny porządek poprzez samą retorykę są skazane na porażkę. Mówienie o „obronie demokracji” czy „ochronie wartości” bez uczciwego wskazania ceny brzmi jak pusty slogan. Społeczeństwa wyczuwają ten brak spójności i reagują sceptycyzmem lub znużeniem.

Jednocześnie elity polityczne znajdują się w potrzasku. Aby odbudować wiarygodność, musiałyby otwarcie powiedzieć, że świat wchodzi w okres trwałej niestabilności i że utrzymanie dotychczasowego poziomu bezpieczeństwa będzie kosztowne. Ale takie komunikaty są politycznie ryzykowne i krótkoterminowo nieopłacalne. System premiuje uspokajanie, nie przygotowywanie.

Bez zgody na koszt nie da się jednak odbudować ani odstraszania, ani spójności wewnętrznej. Przeciwnicy Zachodu doskonale rozumieją tę zależność. Wiedzą, że nie muszą go pokonać militarnie — wystarczy, że podniosą cenę jego własnych zasad, aż stanie się ona nieakceptowalna społecznie.

To prowadzi do najbardziej niebezpiecznego punktu całej diagnozy. Liberalny Zachód nie przestaje wierzyć w swoje wartości dlatego, że ktoś go do tego zmusza. Przestaje w nie wierzyć, ponieważ nie potrafi już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego warto za nie płacić. A jeśli nie ma na to odpowiedzi, każda kolejna próba obrony porządku będzie coraz słabsza i bardziej spóźniona.

Odbudowa wiary nie wymaga więc nowej ideologii ani rewolucji instytucjonalnej. Wymaga czegoś trudniejszego: uczciwego przywrócenia związku między bezpieczeństwem a wysiłkiem, między porządkiem a poświęceniem, między wartościami a realnym kosztem ich utrzymania.

Dopóki ten związek nie zostanie nazwany i zaakceptowany, liberalny Zachód będzie funkcjonował w stanie strategicznej sprzeczności — deklarując gotowość do obrony świata, w który coraz mniej wierzy, bo coraz mniej jest gotów za niego zapłacić.

8. Europa i Polska: najsłabsze ogniwo świata, który nie chce płacić za bezpieczeństwo

Jeśli liberalny Zachód jako całość zmaga się dziś z utratą wiary w sens obrony własnego porządku, Europa jest miejscem, w którym ten problem kumuluje się najmocniej. To właśnie tutaj przez dekady najdalej posunięto przekonanie, że bezpieczeństwo można zinstytucjonalizować, zautomatyzować i w dużej mierze „wyoutsourcować”.

Europa zbudowała swoją powojenną tożsamość na odrzuceniu logiki siły jako narzędzia polityki. Było to zrozumiałe i racjonalne po doświadczeniach XX wieku. Problem polega na tym, że z czasem to odrzucenie przestało być świadomym wyborem, a stało się fundamentalnym założeniem, którego nikt już nie kwestionował. Wojna miała być niemożliwa nie dlatego, że ktoś jej zapobiega, lecz dlatego, że „nie pasuje do świata”.

W tym sensie Unia Europejska jest konstrukcją idealnie przystosowaną do świata stabilnego i skrajnie nieprzystosowaną do świata konfliktu. Jej siła polega na regulacji, konsensusie i długich procesach decyzyjnych. Jej słabość ujawnia się w momencie, gdy potrzebna jest szybka reakcja, jasna hierarchia celów i gotowość do narzucania kosztów — zarówno sobie, jak i innym.

Europa nie tyle nie chce się bronić, co nie potrafi mentalnie przejść z trybu administracyjnego w tryb egzystencjalny. Każda decyzja obronna musi być uzasadniona ekonomicznie, politycznie i społecznie, co czyni ją powolną i kruchą. W świecie, który coraz częściej działa poprzez presję i testowanie granic, taka konstrukcja jest strukturalnie podatna na destabilizację.

Dla Polski ta sytuacja jest szczególnie niebezpieczna. Znajdujemy się na styku dwóch światów: starego liberalnego porządku, który traci spójność, oraz świata twardej geopolityki, który do niej wraca. Polska nie ma komfortu strategicznego, jaki mają państwa oddalone od potencjalnych stref konfliktu. U nas koszt błędnych założeń jest zawsze wyższy.

Jednocześnie polskie społeczeństwo w ogromnej mierze funkcjonuje mentalnie w tej samej logice co reszta Europy: bezpieczeństwo jest traktowane jako coś oczywistego, a zagrożenie jako abstrakcja. Deklaratywne poparcie dla obronności i sojuszy istnieje, ale gotowość do długotrwałych wyrzeczeń nie została nigdy uczciwie przepracowana.

Największym zagrożeniem dla Polski nie jest więc brak sprzętu, sojuszy czy planów. Jest nim rozjazd między retoryką a realną gotowością społeczną. Jeśli konflikt lub długotrwałe napięcie stanie się normą, a nie epizodem, szybko okaże się, że społeczeństwo nie zostało przygotowane na cenę, jaką trzeba zapłacić za bezpieczeństwo na wschodniej flance.

Europa i Polska stoją dziś przed tym samym wyborem, choć w różnych skalach. Albo uznają, że świat wrócił do logiki ryzyka i kosztu, i zaczną się do tego adaptować — społecznie, politycznie i mentalnie — albo będą próbowały utrzymać iluzję normalności tak długo, aż zostanie ona brutalnie przerwana.

To nie jest pytanie o wojnę czy pokój. To jest pytanie o to, czy liberalny Zachód — a wraz z nim Europa i Polska — są w stanie zaakceptować, że ich porządek nie jest dany raz na zawsze. I że jeśli nie nauczą się ponownie, dlaczego warto go bronić, ktoś inny zdecyduje za nich, ile jest on wart.