Koniec polskiego górnictwa. Jak naprawdę zlikwidowano węgiel?

Górnictwo zaczęło umierać w 1979 roku

Polskie górnictwo węgla kamiennego osiągnęło swój szczyt w 1979 roku. Wydobyto wtedy 201 mln ton — rekord, którego nigdy później nie pobito. Pięć lat później, w 1984, padł drugi rekord: 43 mln ton eksportu. Od tego momentu, nieprzerwanie przez ponad cztery dekady, zarówno wydobycie, jak i eksport tylko spadały.

Ten jeden fakt wywraca najpopularniejszą opowieść o końcu polskiego węgla. W tej opowieści winny jest zawsze ktoś konkretny i najlepiej zewnętrzny: Bruksela, polityka klimatyczna, Zielony Ład, ekolodzy, czasem ten czy inny rząd. Tyle że unijny system handlu emisjami, Zielony Ład i klimatyczne cele mają najwyżej 20–30 lat. A polskie górnictwo zwija się od 45. Zaczęło umierać w czasach Gierka, w środku PRL, gdy o Unii Europejskiej nikt nad Wisłą nawet nie marzył.

Żaden pojedynczy sprawca nie pasuje więc do dat. Końca polskiego górnictwa nie da się zrzucić na jedną decyzję ani jeden podpis, bo proces był starszy niż wszyscy podejrzani. Zabiła je arytmetyka — głęboka, droga i coraz mniej opłacalna — a kolejne rządy, wbrew narracji, przez dekady nie likwidowały kopalń, lecz płaciły miliardy, żeby umierały wolniej.

Skala tego zwijania jest dziś trudna do wyobrażenia dla kogoś, kto nie pamięta dymiących kominów Śląska. W 1990 roku w kopalniach węgla kamiennego pracowało 388 tys. ludzi. Dziś jest ich niecałe 74 tys., a w pierwszych miesiącach 2026 roku zatrudnienie spadło poniżej 70 tys. To spadek o ponad 80 proc. Liczba czynnych kopalń skurczyła się z około 70 pod koniec lat 80. do kilkunastu, a samo wydobycie tylko w ostatniej dekadzie, między 2015 a 2025 rokiem, spadło o blisko 40 proc.

Za tymi liczbami stoją całe miasta. Górny Śląsk budowano wokół kopalń — to one dawały pracę, mieszkania, kluby sportowe i tożsamość kilku pokoleniom. Kiedy znika kopalnia, znika nie tylko zakład pracy, lecz oś, wokół której zorganizowane było życie całej społeczności. Dlatego koniec węgla nie jest w Polsce sporem czysto ekonomicznym. Jest pytaniem o to, co stanie się z regionem, którego gospodarka przez 150 lat opierała się na jednym surowcu.

Najdobitniejszym znakiem tej przemiany jest sama pozycja Polski w światowym handlu węglem. W latach 80. kraj należał do największych eksporterów węgla na świecie. Dziś ten sam kraj część węgla sprowadza, bo taniej jest go kupić w porcie, niż wydobyć z własnej ziemi. Przejście od czołowego eksportera do importera w ciągu jednego pokolenia to najkrótszy możliwy opis tego, co stało się z polskim górnictwem — i pierwszy sygnał, że decydował o tym rachunek ekonomiczny, a nie cudza zła wola.

Dlaczego polski węgiel jest tak drogi

Pierwsza przyczyna leży głęboko pod ziemią, dosłownie. Polski węgiel kamienny zalega na dużych głębokościach — kopalnie schodzą po 600, 800, miejscami ponad 1000 metrów. Im głębiej, tym drożej: dłuższy transport urobku, trudniejsza wentylacja, większe zagrożenie metanowe, wyższe koszty bezpieczeństwa. Węgiel, który w Australii, Kolumbii czy Indonezji wybiera się odkrywką niemal z powierzchni, w Polsce trzeba wyrąbywać z głębin, za każdym razem dalej od szybu.

Skala tej różnicy jest dziś policzona co do złotówki. W 2024 roku średni koszt wydobycia tony węgla na potrzeby elektrowni wyniósł 944 zł. Średnia cena jego sprzedaży — 482 zł. Polska kopalnia wydaje więc na wydobycie tony mniej więcej dwa razy więcej, niż dostaje za jej sprzedaż. Każda wydobyta tona to strata wpisana w geologię.

Tak nie było zawsze, a właściwie nierentowność była inaczej maskowana. W czasach PRL ukrywały ją dwie rzeczy: scentralizowane dotacje i tania praca. Górnik zarabiał realnie niewiele, państwo dopłacało do reszty, a węgiel trzymano sztucznie tanio, żeby utrzymać niską inflację i niskie ceny w całej gospodarce. Wydajność polskich kopalń już pod koniec lat 80. spadła do poziomu ledwie wyższego niż za czasów zaborów. Dopóki płace były niskie, a budżet PRL pokrywał różnicę, dało się to ciągnąć. Gdy oba te filary runęły, została naga arytmetyka.

Do trudnej geologii doszło słabe zarządzanie. Wydajność pracy w polskich kopalniach przez dekady była niska — brakowało mechanizacji, inwestycji i nowoczesnej organizacji, a kolejne ekipy rządzące traktowały górnictwo bardziej jak narzędzie polityki społecznej niż przedsiębiorstwo. Z czasem doszedł paradoks, który widać w danych do dziś: płace w górnictwie rosną, a wydobycie w przeliczeniu na jednego pracownika spada. Sektor staje się więc nie tańszy, lecz coraz droższy w utrzymaniu, im bardziej się kurczy — odwrotnie niż branże, które się modernizują.

Polska nie jest w tym żadnym wyjątkiem, choć lubi się tak o sobie myśleć. Każdy kraj, który stawiał na głęboki węgiel kamienny, przeszedł tę samą drogę. W Wielkiej Brytanii, kolebce rewolucji przemysłowej, wydobycie zaczęło spadać już przed pierwszą wojną światową, a kopalnie dotowano tam już 100 lat temu. Niemcy, mistrzowie przemysłu, zamknęli swoją ostatnią kopalnię węgla kamiennego w 2018 roku, mimo całej swojej zamożności i technologii. Głęboki węgiel okazał się nieopłacalny wszędzie, gdzie pojawiła się tańsza alternatywa. Polski przypadek jest spóźniony, nie wyjątkowy.

Głębokość to nie tylko koszt, lecz także ryzyko. Polskie kopalnie należą do najgłębszych i najbardziej metanowych w Europie, a każdy metr w dół oznacza wyższą temperaturę, większe ciśnienie górotworu i poważniejsze zagrożenie wybuchem. Bezpieczeństwo pod ziemią kosztuje — wymaga drogiej wentylacji, monitoringu i zabezpieczeń, których kopalnia odkrywkowa w ogóle nie potrzebuje. Im głębiej schodzi wydobycie, tym większa część budżetu kopalni idzie nie na sam węgiel, lecz na to, by dało się go bezpiecznie wydobyć. Kolejne katastrofy metanowe i ofiary pod ziemią są przy tym nie tylko tragedią, lecz także przypomnieniem, że ten węgiel zawsze kosztował więcej, niż pokazywała cena na fakturze.

Pierwsza fala cięć nie miała nic wspólnego z ekologią

Pierwsze prawdziwe uderzenie przyszło wraz z gospodarką rynkową i nie miało nic wspólnego z ochroną klimatu. Po 1989 roku górnictwo, jak cała gospodarka, zostało wystawione na rachunek ekonomiczny. Sektor, który miał być dumą kraju, okazał się jedną wielką dziurą w budżecie. W 1990 roku w kopalniach węgla kamiennego pracowało 388 tys. ludzi. Dziesięć lat później — już tylko 150 tys.

Najgłębsze cięcie firmował konkretny program i konkretny człowiek. W latach 1998–2002 rząd realizował reformę górnictwa, której architektem był Janusz Steinhoff, ówczesny wicepremier i minister gospodarki. Jej celem nie była żadna transformacja energetyczna — to pojęcie wtedy nie istniało — lecz doprowadzenie górnictwa do ekonomicznej efektywności. Narzędziem stał się Górniczy Pakiet Socjalny: jednorazowe odprawy i osłony, które miały skłonić górników do dobrowolnego odejścia. Do końca 2002 roku skorzystało z niego ponad 67 tys. osób — niemal dokładnie tyle, ile zaplanowano.

Ta data jest kluczowa w sporze o sprawcę. Największa redukcja zatrudnienia w historii polskiego górnictwa wydarzyła się na przełomie wieków — lata przed wejściem Polski do Unii, dekadę przed unijną polityką klimatyczną i całe pokolenie przed Zielonym Ładem. Przeprowadzili ją polscy ministrowie polskim prawem, z czysto ekonomicznych powodów. Zwijanie górnictwa było decyzją krajową, podjętą długo przedtem, nim ktokolwiek w Warszawie zaczął obwiniać Brukselę.

Reforma Steinhoffa nie była zresztą ostatnia. W latach 2003–2006 przyszła kolejna ustawa restrukturyzacyjna, a po niej następne programy osłonowe i kolejne odprawy. Po 2002 roku tempo cięć wyraźnie zwolniło, ale kierunek się nie zmienił — w 2019 roku w górnictwie pracowało już tylko 83 tys. osób. Zmieniały się też struktury właścicielskie: nierentowne kopalnie łączono w coraz to nowe spółki, które po kilku latach znów wymagały ratowania. Z tego tasowania narodziła się w 2016 roku Polska Grupa Górnicza, dziś największy producent węgla energetycznego w kraju.

Przez te wszystkie lata powtarzał się jeden schemat polityczny. Kolejni premierzy, niezależnie od partii, najpierw zapewniali górników, że kopalń nikt nie zamknie, a potem i tak je zamykali albo dopłacali do ich trwania. Obietnica spokoju społecznego była składana co kilka lat i co kilka lat okazywała się niemożliwa do dotrzymania bez kolejnego zastrzyku z budżetu. Górnictwo stało się problemem, który każdy rząd przejmował po poprzednim w niemal niezmienionym kształcie — i przekazywał następnemu, odsuwając rozwiązanie w czasie.

Państwo nie zabiło górnictwa, płaciło, żeby umierało wolniej

Skoro węgiel był tak nierentowny, można by oczekiwać, że kolejne rządy szybko zamkną deficytowe kopalnie. Stało się odwrotnie. Od 1989 roku do dziś kolejne ekipy wpompowały w górnictwo węgla kamiennego około 150–160 mld zł samej bezpośredniej pomocy publicznej. Do tego dochodzą emerytury górnicze, urlopy i odprawy, liczone w kolejnych miliardach. Mimo tych zastrzyków rentowność nie poprawiła się trwale, a sektor potrzebuje dopłat coraz większych.

Powód, dla którego państwo płaci, zamiast zamykać, jest polityczny i daje się policzyć w mandatach. 71 posłów, czyli ponad 15 proc. Sejmu, pochodzi z okręgów, w których działa choć jedna czynna kopalnia. W samym województwie śląskim do zdobycia jest 48 mandatów. Żadna partia myśląca o władzy nie może sobie pozwolić na to, by ten elektorat zamienić we wrogów. Górnik na Śląsku to nie tylko miejsce pracy — to głos, ulica i symbol, którego żaden rząd nie chce mieć przeciwko sobie.

Mechanizmem epoki stała się więc nie likwidacja, lecz dopłata do umierania. W 2021 roku rząd podpisał ze związkami umowę społeczną, która rozkłada wygaszanie kopalń węgla energetycznego aż do 2049 roku. W ustawie zarezerwowano na dotacje 28,8 mld zł do 2031 roku. Zanim Komisja Europejska zdążyła to zatwierdzić, kwota w kolejnym wniosku urosła do 42 mld zł. 

W samym 2024 roku do kopalń dopłacono blisko 9 mld zł, a na 2026 zaplanowano 7,5 mld zł — i już wiadomo, że nie wystarczy, bo spółki poprosiły o 4 mld zł więcej tylko po to, by utrzymać płynność. Mechanizm nazwano dopłatą do redukcji zdolności produkcyjnych. W praktyce to pokrywanie z budżetu różnicy między tym, ile kosztuje wykopanie węgla, a tym, ile da się za niego dostać.

Najlepiej widać to na przykładzie największej spółki. Polska Grupa Górnicza odpowiada za blisko połowę krajowego wydobycia węgla energetycznego, ma 7 kopalń i zatrudnia około 35 tys. osób. To ona pochłania największe dotacje i to ona radzi sobie najgorzej — w 2024 roku wydobyła 17,3 mln ton, o 18 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadek sprzedaży jest szybszy niż spadek kosztów, więc dziura do zasypania rośnie z każdym rokiem. Umowa społeczna obejmuje przy tym wyłącznie spółki węgla energetycznego — Polską Grupę Górniczą, Południowy Koncern Węglowy i Węglokoks Kraj. Poza nią pozostaje Jastrzębska Spółka Węglowa, która wydobywa zupełnie inny rodzaj węgla, i to różnica, która okaże się kluczowa.

Całość układa się w błędne koło, z którego trudno wyjść. Im mniej węgla się sprzedaje, tym wyższy jest koszt każdej wydobytej tony, bo te same wydatki na utrzymanie kopalni rozkładają się na mniejszą produkcję. Im wyższy koszt, tym większa dopłata potrzebna, by spółka w ogóle przetrwała rok. A im większa dopłata, tym mocniejszy argument, że sektor jest dla budżetu nie do utrzymania. Państwo finansuje więc proces, który samo nazywa wygaszaniem — płacąc za to, żeby coś nierentownego trwało, zamiast pozwolić temu zniknąć.

Utrzymanie sektora to przy tym nie tylko dopłaty do samego wydobycia. Górnictwo przez dekady wywalczyło sobie cały system przywilejów, jakiego nie ma żadna inna branża: wcześniejsze emerytury górnicze, dodatkowe świadczenia, deputaty węglowe, gwarancje zatrudnienia aż do emerytury wpisane wprost do umowy społecznej. 

Płace w kopalniach należą do najwyższych w przemyśle. Z punktu widzenia górnika ten układ jest racjonalny — broni miejsc pracy i godności zawodu, który przez pokolenia był filarem kraju. Z punktu widzenia finansów państwa jest to rosnące zobowiązanie wobec sektora, który produkuje coraz mniej, a kosztuje coraz więcej.

Bruksela przyszła na koniec, nie na początek

Dopiero w tak ustawionym krajobrazie pojawia się Unia Europejska i polityka klimatyczna. Unijny system handlu emisjami sprawił, że spalanie węgla w elektrowniach stało się droższe, bo za każdą tonę dwutlenku węgla trzeba płacić. Zielony Ład wyznaczył kierunek odchodzenia od paliw kopalnych. To realne siły i one przyspieszyły zmierzch węgla. Ale przyspieszyły proces, którego nie rozpoczęły — dołożyły się do spadku trwającego już od czterech dekad.

Równolegle robił swoje rynek, bez żadnej ideologii. Udział węgla w produkcji polskiego prądu jeszcze w połowie poprzedniej dekady przekraczał 80 proc. W 2025 roku spadł do około 61 proc., a w czerwcu tego roku zdarzyło się coś bez precedensu — przez cały miesiąc odnawialne źródła wyprodukowały więcej energii elektrycznej niż wszystkie elektrownie węglowe razem wzięte. Tani prąd z wiatru i słońca oraz elastyczny gaz po prostu wypierają drogi węgiel z rynku, niezależnie od tego, co uchwala się w Brukseli.

Import dokłada do tego obrazu zwrot, który psuje opowieść o obcych winowajcach. Przez lata jednym z największych konkurentów polskich kopalń był tani węgiel sprowadzany z zagranicy, w tym z Rosji. Po napaści na Ukrainę Polska odcięła się od rosyjskiego surowca — w 2024 roku udział węgla i gazu z Rosji w polskim imporcie spadł do zera. A mimo to krajowe wydobycie dalej się kurczy, bo nawet bez rosyjskiej konkurencji polski węgiel pozostaje po prostu droższy, niż rynek jest gotów zapłacić.

Z węglem wiąże się jednak fakt, który całkowicie wywraca tezę o Brukseli jako likwidatorze. Nie każdy węgiel umiera. Jastrzębska Spółka Węglowa wydobywa węgiel koksowy — surowiec niezbędny do produkcji stali, a nie do palenia w elektrowniach. Unia Europejska nie tylko go nie zwalcza, lecz wpisała węgiel koksowy na własną listę surowców krytycznych o strategicznym znaczeniu. Umiera więc wyłącznie węgiel energetyczny, ten do produkcji prądu, bo to jego rynek przejmują tańsze źródła. Część polskiego górnictwa, ta związana ze stalą, ma przed sobą przyszłość — i to z błogosławieństwem tej samej Brukseli, którą obwinia się o cały upadek.

Obrońcy wydobycia mają w tym sporze jeden mocny argument, i nie jest on klimatyczny, lecz strategiczny. Własny węgiel to niezależność energetyczna — surowiec, którego nikt nie może odciąć ani zdrożyć z dnia na dzień, jak stało się z gazem po 2022 roku. Polska uniezależniła się od rosyjskiego węgla, ale jej ogólna zależność od importu nośników energii rośnie, a rachunek za sprowadzane paliwa kopalne sięgnął w 2024 roku 112 mld zł. W tej logice własna, choćby droga kopalnia jest polisą na wypadek kryzysu. Spór o węgiel jest więc także sporem o to, ile warto zapłacić za bezpieczeństwo i czy droga energia z własnej ziemi jest tej ceny warta.

Kraj węglowy, który dopłaca, żeby wydobywać drożej

Efekt końcowy streszcza absurd całej sytuacji. Polska jest dziś ostatnim wielkim bastionem węgla kamiennego w Unii Europejskiej. Jednocześnie dopłaca miliardy do własnych kopalń, by wydobywać tonę za 944 zł, podczas gdy w portach ten sam węgiel bywa o połowę tańszy. Pod ziemią leży go jeszcze na jakieś pół wieku, ale znacznej części tych zasobów nie opłaca się ruszać. Kraj, który o sobie myśli jako o węglowym, w praktyce dokłada do każdej tony, a część węgla i tak sprowadza z zagranicy.

Rozjazd między polityką a ekonomią widać najlepiej w prognozach. Cała polska gospodarka zużywa dziś około 40 mln ton węgla energetycznego rocznie, a według wyliczeń analityków już za kilka lat może to być ledwie kilkanaście milionów. Gdyby o tempie zamykania decydował rynek, a nie dotacje, do 2030 roku zostałyby w Polsce 3–4 kopalnie węgla energetycznego. Umowa społeczna każe utrzymywać je do 2049. Różnica między tymi dwiema datami to miara tego, jak długo polityka jest gotowa płacić, by odsunąć w czasie to, co ekonomicznie już się rozstrzygnęło.

O nierealności tego harmonogramu mówią nawet ci, którzy przeprowadzali pierwszą reformę. Janusz Steinhoff, architekt cięć z przełomu wieków, wraz z ekspertami branży przekonuje dziś, że tempo zamykania trzeba przyspieszyć i dopasować do realnych możliwości sprzedaży węgla, bo rządowa kroplówka kopalń nie uratuje, a jedynie odwleka nieuniknione. 

Podstawą decyzji, jak argumentuje, musi być ekonomia, a nie polityczne obietnice składane związkom. Po drugiej stronie stoją górnicze związki zawodowe, które bronią umowy gwarantującej pracę do 2049 roku i nie godzą się na jej skracanie. Konflikt tych dwóch logik — rachunku i spokoju społecznego — wyznacza dziś całą politykę wobec węgla.

Pozostaje pytanie, co przyjdzie po węglu. Wygaszanie kopalń wymusza znalezienie pracy i perspektyw dla regionów, które przez półtora wieku żyły z jednego surowca. Powiaty górnicze mają zwykle mało zróżnicowaną gospodarkę, wyższe od średniej bezrobocie i odpływ młodych, co czyni je szczególnie wrażliwymi na zniknięcie kopalni. Na łagodzenie tego ciosu idą unijne pieniądze z funduszy sprawiedliwej transformacji oraz krajowe plany przekształcania Śląska. Czy zdążą zbudować nową gospodarkę, zanim ostatecznie zniknie stara, jest jednym z najważniejszych pytań o przyszłość tej części Polski.

Pytanie z tytułu — kto i dlaczego zlikwidował polski węgiel — ma więc odpowiedź, która nie pasuje do żadnej z popularnych narracji. Nie zlikwidował go jeden rząd, jedna partia ani jedna instytucja. Zlikwidowała go geologia, która kazała kopać coraz głębiej i drożej. Dokończyła ekonomia, gdy po 1989 zniknęły dotacje PRL i tania praca, które maskowały stratę. Reformatorzy lat 90. ścięli zatrudnienie, rynek odebrał zbyt, a unijna polityka klimatyczna dołożyła ostatni ciężar. Każdy z tych czynników dorzucił swoje, żaden nie zadziałał sam.

Najbardziej zaskakująca jest jednak rola polityków, bo jest odwrotna, niż głosi powszechne przekonanie. To nie oni zabili górnictwo. Przez 45 lat robili coś przeciwnego — wydawali setki miliardów, żeby coś, co przestało się opłacać już w czasach Gierka, dotrwało do połowy XXI wieku. Polski węgiel nie został zamordowany jedną decyzją. Został powoli, kosztownie i świadomie przeprowadzony przez 45 lat umierania, a rachunek za to przedłużone konanie płacił i wciąż płaci każdy podatnik. Najtrafniejsze pytanie nie brzmi więc, kto zabił polski węgiel, lecz dlaczego — skoro umierał już za Gierka — kolejne pokolenia polityków przez 45 lat płaciły tak wielkie pieniądze, by nie pozwolić mu odejść.